wtorek, kwietnia 15, 2008

Po przerwie

Ciężko zacząć, gdy miało się tak długą przerwę. Bo niby od czego tak naprawdę zacząć pisanie? Od tłumaczenia się, z czego ta przerwa wynikała? Czy może lepiej zacząć opisywać to, co się w tak zwanym międzyczasie wydarzyło? A może zamiast pisać, co mnie do przerwy „przymusiło”, lepiej napisać, dlaczego wciąż mam ochotę swoja „tfurczość” (tak, ta TFUrczość, przez duże TFU) kontynuować? Czy też może po prostu udawać, że przerwy nie było i pisać dalej jak gdyby nigdy nic? Ot, jak sami widzicie - problem...
Najłatwiejsza byłaby chyba ostatnia opcja, ale moim zdaniem, byłaby też jakaś taka nie w porządku względem ludzi, którzy mnie dotychczas czytali, czyli was. Tłumaczenie się... No cóż, chętnie bąknę coś na temat tego, co kazało tym nielicznym czytelnikom czekać, ale jakoś nie wydaje mi się, by roztrząsanie (szczególnie takie, jakiego się tu już raz (mam nadzieję że pierwszy i ostatni raz) tutaj dopuściłem) jakichś moich prywatnych problemów było dla postronnych czytelników interesujące, poza tym – nic mi po tym – ci, którzy powinni coś na ten temat wiedzieć – wiedzą, reszta może sobie spokojnie żyć swoim życiem nie przejmując się moimi sprawami ;)
Do dość mocnych powodów niepisania zaliczył bym moje lenistwo ;) Ale sprawa nie jest tak prosta, jakby się mogło wydawać. Nie chodzi o niechęć do pisania notek, o nie, na to miałem ochotę i to nie raz, tylko „przeszkadzała” mi w tym szkoła... Już tłumacze jak: Otóż ucząc się zaocznie, trzeba co jakiś czas, a dokładniej na koniec każdego semestru, z wielu przedmiotów pisać tak zwane „prace kontrolne”. Niby nic wielkiego (bo naprawdę nic wielkiego), ale jakoś nie lubię pisać na z góry narzucony temat... Chociaż chyba nikt nie lubi... A do tego nielubienia dochodzi fakt, że po prostu nie potrafię... Gubię się w tonie narzuconego materiału, chcę zawrzeć w tekście wszystko, choć czasu i rzeczywistych chęci mam na absolutne minimum, którego nie potrafię sklecić w zgrabną całość, nie przekopując się przez kolejne hałdy materiałów, z których to dorzucam kolejne wątki, aż zarys pracy wygląda tak, że na finalne pisanie jej, nie starczyło by mi życia... W efekcie nie robię nic... Jak się to do rzeczonego bloga ma? Otóż gdy miałem ochotę naskrobać notkę, a wisiało nade mną widmo pracy kontrolnej, za która powinienem się zabrać w pierwszej kolejności, to jakoś dziwnie było mi pisać, dla przyjemności, skoro obowiązek czeka. W efekcie nie powstawała ani praca, ani notka... Kto ma, lub miał tak głęboko zakorzenionego lenia, poganianego czasem poczuciem obowiązku jak ja – ten wie jak to jest ;)
Pisanie o tym, co się wydarzyło od ostatniej notki, to cóż, pomysł wręcz niedorzeczny, bo na tej podstawie można by nie notkę, a książkę napisać... Chociaż oczywiście parę rzeczy doczeka się swojego opisu niebawem, np: Woodstock, z którego co prawda nie będzie szczegółowej relacji, ale troszkę zdjęć i zdawkowy opis przeżyć pojawią się na pewno, co pewnie niektórych ucieszy :) Tak samo, jak wspomnę tu o Natalii, mojej szkole, a właściwie jej końcu i wrzucę kilka ciekawszych zdjęć z tego tak zwanego „międzyczasu”. Ze stosownym opisem oczywiście ;)
Dlaczego chcę to wciąż mimo takiej przerwy dalej robić? Cóż, po pierwsze dlatego, że po prostu chce :) Po drugie – co jakiś czas słyszę głosy (nie, nie w głowie, tylko głosy tych, którzy mnie czytali), bym coś napisał, oraz, choć nie wiem w jak dużym stopniu przez pewne zdarzenie, które miało miejsce w kilka dni, po tym, jak skradziono mi rower.
I to chyba dobry punkt zaczepienia, by jak gdyby nigdy nic rozpocząć nową notkę ;)
Otóż jak zapewne pamiętacie – mam cyklozę. Może nie jakąś wybitnie zaawansowaną, może nie uciążliwą, ale za to dość mocno zakorzenioną i przypuszczam, że już nie uleczalną :) Jestem z tej cyklozy dumny i dotychczas pielęgnowałem ją bez większego wysiłku dzięki swojemu rowerowi – Manguście. Mangusta (czyli czarno - srebrny góral marki Mongoose który widzicie poniżej)



w którego wkładałem całe serce i dużą większość zarobków został mi pewnego dnia skradziony... I to skradziony w dość perfidny i bezczelny sposób.
Wracając rano z biblioteki której to znów jestem pełnoprawnym pracownikiem, zahaczyłem o maminy kiosk, by dać swej rodzicielce trochę oddechu i okazje do zrobienia zakupów. Rower jak zwykle przypiąłem obok kiosku, do stalowej rury, będącej elementem siatkowego ogrodzenia biegnącego zaraz za kioskiem. Zapięcie było solidne – tak w każdym razie twierdził producent żądając za nie, niebagatelnej jak na mój gust kwoty 130zł. Jak widać dla firmy treelock, 130zł, to za mało, by produkt miał być solidny, a widniejące na opakowaniu napisy krzyczące „cut protection”, są warte tyle samo, co zapewnienia tesco, o wysokiej jakości własnych produktów. Zabezpieczenie zostało po prostu przecięte. W biały dzień, rankiem, na ulicy do cichych i spokojnych nie należącej, czyli Głogowskiej. Chciałbym z tego tytułu podziękować wszystkim przechodniom, którzy przechodzili tam tego dnia i widzieli feralne zdarzenie. Z doświadczenia wiem, że musiało ich tam być o tej godzinie, podczas trwania całego „zajścia” kilkudziesięciu. Jak to świadczy o naszym kochanym społeczeństwie? Każdy chyba może sobie odpowiedzieć na pytanie sam...
Oczywiście zgłosiłem całe zajście na pobliskim komisariacie policji. Efekt był z góry przewidziany, czyli żaden... Przyznam się, że sam trochę zawaliłem, nie szukając roweru na własna rękę i wszelkimi dostępnymi metodami ale... Cóż... Po prostu nie miałem siły... Może się to niektórym wydać dziwne, bo w końcu rower, to tylko „rzecz nabyta”, ale dla mnie, znaczył on „troszkę” więcej niż kilka aluminiowych rurek na dwóch kołach... Zresztą... Kto czytał bloga – ten wie. Ta strata naprawdę mnie zabolała i każdy kto ma jakieś hobby, będzie w stanie to zrozumieć, pozostałym mogę po cichu współczuć ;)
Ale mimo stanu przybicia, w jaki wprowadziło mnie powyższe zdarzenie, przytrafiło mi się też coś, przez co uśmiech nie znikał mi z twarzy przez pół dnia i co jest po części odpowiedzialne za fakt, iż dalej mam zamiar kontynuować pisanie bloga.
Otóż w trzy lub cztery dni, po kradzieży, wracałem rankiem z biblioteki, tej na Placu Wolności, bo załatwiałem tam jakieś papiery, odnośnie mojego przyszłego zatrudnienia. Pełzłem sobie spokojnie z ponura mina i sączącą się do głowy muzyką z telefonu, gdy zaraz obok empiku, zaczepił mnie jakiś koleś. Wydobywszy słuchawki z uszu, usłyszałem pytanie: „Ty jesteś Tandol?” Niezwykle zaskoczony, nie bardzo wiedząc o co chodzi – przytaknąłem. Przebiegu dalszej rozmowy niestety nie jestem w stanie cytować, gdyż odbyła się naprawdę szmat czasu temu, ale już piszę o co chodziło. Okazało się, że człowiek który mnie zaczepił, a którego pierwszy raz na oczy widziałem - zna mnie. Zna mnie, z mojego bloga właśnie, bo lubi go czytywać. Jadąc tramwajem, zauważył mnie idącego chodnikiem i postanowił wysiąść, by zapytać kiedy kolejna notka, bo od ostatniej minęło już sporo czasu i mimo iż zagląda regularnie na blog, to nie pojawia się tam nic nowego. W życiu mnie nikt chyba tak niczym nie zaskoczył i to zaskoczył w pełni pozytywnie (choć moja ówczesna mina wyrażająca głębokie „ke??” mogła w danej chwili mówić co innego ;) ). Chwilę trwało, nim po naszym rozstaniu i podjęciu przeze mnie dalszej wędrówki w kierunku oczekującego mnie po nocnej zmianie domowego łózka, mój tradycyjnie otępiały o poranku mózg ochłonął po nieprzewidzianym zdarzeniu, przetrawił wszystkie informacje i za pomocą skurczy odpowiednich mięśni mimicznych wywołał na twarzy grymas zwany potocznie „głupkowatym uśmiechem”, który to nie opuszczał już mej facjaty przez większą część dnia. To naprawdę bardzo fajne uczucie, kiedy to co robisz, choćby to była tylko zabawa – ktoś docenia. No i niezła motywacja, by jednak brnąć dalej ;)
Mam nadzieję, że ten spotkany czytelnik nie zniechęcił się tak długą przerwą i czasami tu jeszcze zagląda, jeśli zagląda – czytelniku – odezwij się ;)
No i to by było chyba na tyle jeśli idzie o „mój pierwszy raz po przerwie”, bo co tu więcej pisać? Mogę jedynie przeprosić za jakość tekstu, bo wydaje mi się, że przez tą przerwę troszkę „zardzewiałem”. Zapraszam też do komentowania i zaglądania tu znów od czasu do czasu. Teraz, gdy mam ku temu możliwości, będę mam nadzieję pisał więcej i publikował częściej :) No to co? Do następnej? ;)

7 Comments:

Blogger Syrenka said...

Wróciłeś...

Wzruszyłam się ;D

Mój blog też wróci, i to już niedługo.

11:25 AM  
Anonymous Anonimowy said...

Martinez:

szczerze wspolczuje... sam to kiedys przezylem... nic przyjemnego!

jestem z Tobą stary!!!

12:14 PM  
Blogger Unknown said...

i pomyśleć,że chciałam cię z linków wyrzucić. Jakie to szczęście, że jestem powściągliwa w teatralnych gestach.
Jak zwykle przegadałeś, no ale żyjesz. To wybornie ;)

2:40 PM  
Blogger Tandol said...

Dzięki Marcinie, ale już się z tym pogodziłem, teraz kombinuje skąd wziąć kasę, na nowy rower, bo lato i wiosna tuż tuż...

Wiem Haniu że przegadane, ale już tak mam, sporo mi brakuje do Twojej jakości, ale może kiedyś uda mi się Cię dogonić :) I dzięki za Twoją powściągliwość i oczywiście to, że chciało Ci sie mnie odwiedzić :)

10:45 PM  
Blogger Unknown said...

ależ nie ma za co, wszyscy wiedzą (a jak nie wiedzą, to niech się dowiedzą), że mam do ciebie perwersyjną słabość, li i jedynie :)
Och, tandolu ty mój.

6:43 PM  
Anonymous Anonimowy said...

no w koncu cos naskrobales

9:51 PM  
Anonymous Anonimowy said...

Witam.
Przyznam się szczerze, że już zrezygnowałem z tego bloga. Całkiem przypadkowo znowu tu trafiłem i co widzę... kontynuujesz pisanie. Cieszę się, że zmobilizowało Cie do tego nasze spotkanie pod Empikiem. Przyznam się, że lubię od czasu do czasu poczytać jakiegoś bloga, a ciężko było znaleźć coś w zastępstwie...
No więc dobrze, że piszesz Tandol, a ja czytam i czytam i czytam....
Pozdrawiam.
-karaluch-

8:17 AM  

Prześlij komentarz

<< Home